fbpx

Tańczenie w nieznane

Czyli doświadczanie życia i śmierci  z poziomu głębokiej esencji kobiecości.

Cóż za nieoczekiwana, ogromna siła, niczym fala tsunami,
wdarła się w naszą rzeczywistość.
Postawiła ją kompletnie na głowie.
Jakże cenne i jednocześnie kruche stało się w jej obliczu nasze życie.
Jak cenny stał się każdy oddech.
Jak bardzo wszyscy staliśmy się sobie znowu równi.
Niezależnie od pozycji społecznej, od zawodu, od majątku czy sławy.
Jeden mały, niewidzialny wirus wywrócił wszystko,
co do tej pory nazywaliśmy normalnością.

Konfrontując nas przy tym z pytaniem
„Czym właściwie jest ta normalność”?
Ja wciąż szukam w sobie słów i odpowiedzi,
pozostając w głębokim odczuwaniu wszystkiego,
co teraz do mnie przychodzi.
Warstwa po warstwie, pozwalam,
by przez moje ciało przepływały zamknięte w nim emocje.
Emocje gromadzone latami, wręcz pokoleniami.
Własne i zbiorowe.

Już nie walczę z nimi,
nie uciekam od nich
utykając w kolejnej iluzji umysłu „że wszystko będzie dobrze”.
Bo tu już chyba nie chodzi o to, by było dobrze.
Chodzi o to, by było wreszcie prawdziwie.
Bo dopiero wtedy będzie naprawdę dobrze.
Prawdziwie w każdej chwili,
która od zawsze jest tylko jak prezent od życia.
Podczas, gdy każda kolejna chwila jest zawsze niepewna,
zawsze nieznana.

Więc poddaję się tej, która jest.
Tej, która trwa.
Smakuję każdą z nich,
czy to w lęku, bezsilności,
w spokoju czy w radości.

Pozwalam, by w obliczu krążącej dookoła śmierci,
życie przepływało przeze mnie pełnym strumieniem.
Jeszcze pełniejszym niż dotąd.
I pokornie robię na nie coraz więcej miejsca w sobie.

Pozwalam, by umierały we mnie wszystkie formy wykreowane przez ego.
Jego „niezawodne” sposoby kontroli życia.
Poddaję się uznając swoją kruchość i całkowitą bezbronność.
Pozostaję w spokoju czując jak bardzo od zawsze śmierć była połączona z życiem.
Przecież nikt nigdy nie był od niej zwolniony.
Tyle, że we współczesnym świecie została ona zepchnięta na dalszy plan
i wielu z nas żyło udając, że jego ona jeszcze nie dotyczy.
Że ma nad nią kontrolę.

Zatem teraz tym bardziej
nie wybiegam zbytnio w przyszłość,
nie wpadam w wir pracy,
nie pocieszam siebie,
gdy smutek napiera z niewyobrażalną siłą.

Pozwalam sobie na łzy.
Pozwalam ciału na drżenie.
Pozwalam na wszystko to,
co zawsze chciałam powstrzymać w sobie,
a co odcinało mnie od pełnego czucia i doświadczania życia.
Pozwalam sobie na swoje własne, wewnętrzne tsunami.

Na tę dziką i nieokiełznaną energię budzącej się głębokiej kobiecej siły.
Tej, która od zawsze stwarza życie na ziemi.
To ona woła mnie teraz,
do pełnego przejawienia się w świecie.
To ona bezwzględnie wymaga,
by umarła we mnie każda warstwa iluzji tego, kim już nie jestem. I nigdy nie byłam.
A kim próbowałam być ze strachu przed odrzuceniem.
Co kreowałam, by wpasować się w normy.
To ona teraz pragnie swą ogromną siłą
przebić się przez stare wzorce, lęki i uwarunkowania.
Te, które przez całe wieki niszczyły kobiecą moc u jej źródła.
To ona teraz zanurza mnie w doświadczanie pustki, nicości i niepewności.
Chcąc otworzyć mnie na życie w całej mojej bezbronności!

Czuję jak każdego dnia mięknę.
Jak topi się stary lód serca mojego.
Jak rozpuszczają się dawne pancerze ochronne.
Jak moje ciało odpuszcza i pozwala na jej przepływ.
Na jej wniknięcie we mnie z całą tą ogromną siłą.
Momentami, to jest tak silne uczucie, jakbym już umierała.
To umiera moja dotychczasowa tożsamość.
Umierają te wzorce i zachowania,
którymi tworzyłam do tej pory swój świat i relacje.
Umiera to, co znane.
Ból jest ogromny, ale jakże uwalniający.
Bo tuż za nim jest absolutna wolność.

Wolność życia i tańczenia w nieznane.
Z każdą chwilą, z każdym promieniem słońca na twarzy.
Z każdą falą rozkoszy.
Z każdą falą złości czy bezbronności.

W zaufaniu, że to i tak nie ja decyduję,
która z tych chwil będzie moją ostatnią.
Zatracam się w pełni w tańcu do muzyki życia,
którą słyszę teraz tak łatwo.

I to przynosi ten ogromny spokój w sercu i akceptację.
Tworzy głębokie zrozumienie,
że życie jest pełnym otwieraniem się na tę surową, pierwotną esencję kobiecości,
która wyłania się teraz z samych trzewi Matki Ziemi.

Jej system obronny uruchomił własny proces zdrowienia.
Jej siła odradzania się jest niesamowita.
To siła kobiecości.
Ta, która od wieków płynie w każdej z nas.
Ta, która każdą z nas wzywa teraz do odpuszczenia i poddania się jej odwiecznej mądrości.
Siła, która poprzez śmierć znanego,
pragnie nas otworzyć na życie.
Na dotknięcie jego smaku prawdziwego.

Czy pozwolimy sobie ją teraz przyjąć?
Czy poddamy się tej nieokiełznanej fali życia i śmierci, zapraszającej nas do głębokiego otwarcia się na siebie?
Do odbudowania własnego świata w nowej jakości, sprzyjającego życiu i harmonii.
Czy zatrzymamy się i posłuchamy,
co życie ma nam teraz do powiedzenia?
Czy udamy się do swojego domu,
do swojego ciała, by wypełnić go miłością?

By to było możliwe, stare musi umrzeć.
Lecz to jest to, czego umysł i ego boją się najbardziej.
Jednak nie bój się! To tylko lęk.
Nie żaden potwór czy oprawca wrogi, lecz twoja własna życiowa energia,
która zboczyła z drogi.
Utknęła w tkankach i komórkach ciała twojego,
czekając na uwolnienie przez siłę doświadczania nieznanego.
Zatem nawet w tej sytuacji zawsze wybór masz.
Niezależnie od tego, jak bardzo dotyka Ciebie sytuacja zewnętrzna.
Niezależnie od tego, z czym się teraz zmagasz.
W każdej chwili masz wybór, by się zamknąć na siebie.
By stawiać opór lękowi, zmęczeniu i bezradności.
Drenując siebie dalej z energii do skraju możliwości.
Albo możesz pozwolić sobie czuć je kawałek po kawałku,
wprowadzając w ruch zamknięte w Tobie energie twoich dawnych, nieprzeżytych emocji.

W każdej chwili możesz pozwalać sobie na ich przepływ robiąc miejsce na życie nowe.
Nieznane lecz prawdziwe.
Może przerażające, ale soczyście żywe.

Paradoksalnie to daje energię, moc i spokój.
To, czego od zawsze potrzebujemy.
Zacznij choćby teraz, na minutę, w tej chwili.
Zatrzymaj się na czuciu oddechu swego.
Zauważ jak powietrze wpływa do Twojego ciała i wypływa.
Z czułością doceń ten właśnie jeden oddech.
A potem następny.
Na wydechu wypuszczaj powietrze całkowicie,
w zaufanie, że przy kolejnym wdechu Istnienie ponownie napełni Cię życiem.
Świeżym, pachnącym, promieniującym.

Skup się teraz na swojego serca biciu,
choćby na chwilę porusz się w jego rytmie, choćby w ukryciu.
Pozwalając, by i ta chwila umarła spokojnie,
Otwórz się na życie, niewzruszona tańcząc upojnie.
Zatańcz w nieznane z pełnym oddaniem.
Niech lęk twój i niepewność rozmywają się w tym tańcu wraz z głębokim oddychaniem.

Kiedy wrócisz do domu, do ciała swego,
pozwolisz, by umysł wypuścił Ciebie z zacisku myśli ciasnego.
To właśnie wtedy otwierasz się na pełnię życia.
Na bycie, na czucie, na promienność Twego Istnienia.
W tym momencie stajesz się czystym ucieleśnieniem kobiecości.
W tej jednej chwili, która jest pewna i od zawsze tylko ona była pewna.
W teraz.